With crazy shop of wholesale jerseys from China, vary in nfl/nba/nhl/mlb/ncaa. Low price Chinese wholesale jerseys for cheap sale. Up to 69% off discount football jerseys for you. And basketball wholesale nba jerseys in throwback free shipping. American cheap soccer jerseys for entertainment and training. wholesale football jerseys online all cheap NFL jerseys players on field. Now buy wholesale jerseys for saving more.

„Jeśli czytacie ten tekst, to znaczy, że się udało. Płynna struktura zastygła w rozdziały. Okładka, którą możecie już wziąć do ręki, przybrała gołębią barwę. Kojarzy mi się z kafelkami w szpitalnych łazienkach z poprzedniej epoki. Czysta, a przy tym daleka od wdzięczenia się do czytelnika. Miłość nie powinna się wdzięczyć.

Ignacy Karpowicz dla „Książki. Magazyn do czytania.”

Zacznijmy od okładki, okładek. Wysyłają jasny przekaz nadchodzących zmian w prozie autora. Jasne oderwanie. Nie dajcie się jednak zwieść. Poprzednia schizofrenia okładek podobała się w tamtym czasie i twórcy i autorowi. Za wszystkimi stoi nikt inny, jak Przemysław Dębowski, a co innego może się narodzić z połączenia dwóch wielkich wyobraźni? Moje pierwsze spotkanie z Karpowiczem zaczęło się od okładki „Ości”, byłam zbłąkanym „ślepcem” w świecie książek, który czytał nie za wiele, miał przestój w czytaniu. Chcąc wrócić do czytelniczej siebie weszłam do księgarni i chwyciłam za Karpowicza, który przywrócił mnie do tego najbogatszego ze światów, dlatego jego twórczość darzę sentymentalnie wielkim szacunkiem. Cofałam się potem do „Balladyn i Romansów”, „Niehalo” i „Gestów”, by później być już na bieżąco z „Cudem”, „Sońką” i dziś, po trzech latach tęsknoty, z „Miłością”.

Wielu z Was pyta od czego zacząć czytać Karpowicza, jeśli zna się tylko „Sońkę”, bądź nie czytało się nic. Są też tacy, którzy całą twórczość znają i nie potrzebują rozjaśnienia. Przede wszystkim często pada pytanie czy powinno się zaczynać od końca, czyli od „Miłości”, jeśli nie czytało się nic wcześniej, a ma się chęć zapoznać z prozą pana Karpowicza. Wybór zawsze należy ostatecznie od czytelnika, ale ja odradziłabym zaczynać wojaże po wyobraźni pana Ignacego od końca. Karpowicz znany z zabaw fabułą i schematami, przyciągnął mnie do siebie swoją dziką wyobraźnią, soczystą ironią i wiecznym balansowaniem między humorem a powagą. Jego zwyczajne rzeczywistości w niezwyczajnych warunkach. Obieranie ludzi do tytułowych „ości”, śmierć Boga, który wiecznie się odradza w „Balladynach i Romansach”, dla mnie też niebanalny instruktor dusz w „Gestach”. Pominięcie wszystkich faz i stanów Karpowicza będzie poważnym ryzykiem dla pojęcia jaką drogę przeszedł, by napisać takie dzieło jak „Miłość”.

„Miłość nie powinna się wdzięczyć”, mówi sam autor przedstawiając nam okładkę. I „Miłość” zaiste się nie wdzięczy. Karpowicz stawia ten odważny krok w swojej pisarskiej karierze i odrywa się od swojej słynnej ironii, kąśliwości, pozostawia jedynie niepohamowaną wyobraźnię i umiejętność tworzenia alternatywnych światów dla przekazania swojej głównej myśli. Decydując się na szczerość, autor ryzykuje bycie osądzonym o gorzkie żale czy ekshibicjonizm. Jakimi sposobami próbuje tego uniknąć? Czym właściwie jest „Miłość” i co próbuje przekazać czytelnikowi?

„Miłość” to przede wszystkim przykład powieści szkatułkowej. Karpowicz, by opowiedzieć o miłości stosuje tym razem zabawę różnymi konwencjami gatunkowymi w jednym dziele. Tak, jest to opowieść o dwóch gejach. Właściwie o wszystkich homoseksualistach tego świata.  Ale nie powieść gejowska, wymyka się wszelkiej kategoryzacji, jest raczej coming-outowa. Czy w takiej powieści jest miejsce na kobiety? Tak, pojawiają się, mają bardzo istotne znaczenia, ale nie jest też im łatwo na kartach tej powieści, sportretowane są jednak empatycznie i wnikliwie.

Karpowicz pisze o Miłości przez wielkie M. Bohaterowie muszą przejść jej różne stopnie, od wyparcia zaprzeczenia, destrukcji wstydu, wyszarpnięcia z sideł kłamstw. Przyznam, że bałam się ckliwości, zahaczeń o banał, potknięć w przekazie. Sam autor przyznaje, że zawsze najtrudniej utrafić mu w ton opowieści. Tę spisywał pięć lat i niezliczoną ilość razy modyfikował. Jak wybrnął z banału?

W powieści nachodzą na siebie różne płaszczyzny namiętności, uderzają w siebie jak płyty tektoniczne i wstrząsają siłą przekazu. Walczą ze sobą powinności i sztywne ramy ustalonych zachowań, w których wnętrzu i poza nimi, nikt nie chce być samotny, ale każdego czeka jakaś forma bólu. Na „miłość” składają się cztery nowele, które przenika pewna wrośnięta natura kłamstwa. Kłamstwa jako brudu, który zmienia kolory i kształty. „Kłamstwo główne zniekształcające siebie” to oczywiście ukryta orientacja. To kłamstwo wrasta w nas razem z fabułą, ciśnie, upycha do szafy i nie pozwala z niej do końca wyjść. Przez wszystkie opowieści przewija się jakaś silna metafora „niewyjścia”  z szafy. Przykrycie namiętności milczeniem, lokowaniem bohaterów w krainie snu, balansowanie między sną a jawą. Ostatecznie każdy tkwi w „świątyni kości” własnych serc.

Piękno, Prawda i Dobro. Składniki miłości, tytuły nowel. Każda w innej formie i celowo odmiennej narracji. Pojawia się tu mrożąca wizja Polski wywróconej na drugą stronę nietolerancji. Dystopia, futurystyczna opowieść o kraju, w którym homoseksualizm usuwa się farmakologicznie. Zaczyna się od dworskiej opowieści o skrytych namiętnościach w tonie Iwaszkiewicza i po części do jego biografii się odwołuje. Sam Karpowicz dziękuję Iwaszkiewiczowi na końcu książki i przyznaje, że lektura jego listów do swojego kochanka miała na niego znaczny wpływ. Pojawi się też forma podobna do dziennika. Każda z nich ma własny język. W każdej miłość jest ością tnącą istnienia na kawałki trudne do poskładania. Możliwie, że każdy czytelnik przywiąże się tylko do jednej z tych opowieści. Jedna wybije się nad drugą, albo wszystkie będą gładko rezonować i odbijać się od siebie, bez wyraźnych granic i przypodobań.

Jasnym jest jednak, że jedna z części pisana jest w narracji pierwszoosobowej, a pozostałe oddają głos bohaterom w określonym celu. Część w narracji pierwszoosobowej daje najsilniejszy i najbardziej intymny kontekst dla całej reszty, czyni te dzikie wizje uniwersalnymi, daje im kontekst wiecznej aktualności. Ta zmiana narracji jest tu świadomie najważniejszym zabiegiem. To reflektor oświetlający drogę do innych nowel, oślepiający homofobię.

„Teraz wiem, że stałem się względem mego ciała taki, jakim względem mnie było otoczenie – homofobiczny. Nabawiłem się homofobii przez osmozę, której ogniska występują w środowisku wyzutym z empatii, za to nasączonym nieufnością i hipokryzją. Moja homofobia należała do innego rzędu, trudniejsza do wychwycenia i zdiagnozowania, daleka od prostackiego: „zakaz pedałowania”. Te wszystkie: nie interesuje mnie, kto z kim sypia; a niech sobie żyją, choć to nienormalne; nie mam nic przeciwko temu, byle się nie afiszowali. No, właśnie. Nie sypiałem, sobie niech żyłem i też nie miałem nic przeciwko temu, z grubsza przynajmniej, bylem się nie afiszował. W stosunku do samego siebie byłem taki jak otoczenie. (…) Byłem homofobem w stosunku do siebie.”

To fragment, który boli najbardziej. Staje się ona piekielnie smutną spowiedzią z niekochania i „niemiłości”. „Miłość” okazuje się być jawnym traktatem  o nietolerancji, uniwersalności skrycia i ignorowanej homofobii, która przechodzi z człowieka na człowieka przez osmozę świata bez empatii. Klamrowa powieść, która rzuca nas między te wszystkie zbliżenia i oddalenia, miłości i „niemiłości”, na które nic nie poradzimy, jeśli społeczeństwo wciąż będzie przeciw. Mimo jasności przekazu, jest też tajemniczo aluzyjna i może wymaga sięgania po nią nie raz. Już „Sońka” zwiastowała zmianę w języku, narzuciła jakąś dyscyplinę. Karpowicz idzie dalej w tym kierunku, przybiera różne kostiumy językowe.

„Jutro nie będziemy tacy jak dziś” – to zdanie „pozytywka”, które nakręca powieść i pojawia się w niej więcej niż raz, w różnych formach i miejscach. Osadza się jednak w uniwersalnym kontekście. Karpowicz napisał książkę z nadzieją, że może uczyni świat odrobinę lepszym, zmieni coś, otworzy kogoś, przymknie usta homofobii. Żeby może „jutro ktoś nie był taki jak dziś”. Mam szczerą nadzieję, że to życzenie pana Karpowicza się spełni. Nie wiem czy to jest jedna z książek roku. Nie ma się co burzyć czy tak czy nie, ponieważ każdy ranking jest subiektywny i zawsze potyka się o gust czytelniczy oceniającego. Tak, piszę jako miłośniczka prozy Karpowicza, ale nie bez głębokiej refleksji i ostrej interpretacji. W tym roku było wiele książek, które bardziej mnie dotknęły, językowo zachwyciły i pocięły swoimi opowieściami. Jednak rozumiem, dlaczego pan Karpowicz tę książkę wręcz musiał napisać. Może nie napisałby żadnej innej, póki nie powstałaby TA. Ta, która przez samego twórcę jest określana mianem najważniejszej w dorobku i choćby dlatego każdy miłośnik i ciekawy odkrywca prozy polskiej może śmiało po nią sięgać, bo polski rynek wydawniczy, jak i sama Polska, takich książek potrzebuje. Im więcej mija czasu od lektury, tym mniej widzę w niej ckliwości i ekshibicjonistycznej spowiedzi, ale godnego uwagi traktatu o skutkach życia w zaprzeczeniu i brudnych kłamstwach.

 

Ignacy Karpowicz, Miłość, listopad 2017, Wydawnictwo Literackie